TURCJA

czerwiec 2004

        Wyjazd do Turcji miał charakter względnie stacjonarny. Względnie, bo mały hotelik, w którym mieszkaliśmy traktowaliśmy jako bazę wypadową do najciekawszych miejsc położonych z zasięgu kilku godzin jazdy / marszu / płynięcia. Jedynym terminem, w którym z różnych przyczyn możliwy był wyjazd – był czerwiec. Moment nienajgorszy. Temperatury teoretycznie (bardzo teoretycznie) powinny być nie za wysokie, a gwarancja ładnej letniej pogody stuprocentowa. Jak się później okazało trafiliśmy na najgorętszy czerwiec od wielu lat. Gorący i suchy.

       Turcy okazali się niezwykle przyjaźnie nastawieni do dzieci. Zaskakujące, że największe zainteresowanie dzieckiem przejawiali mężczyźni, którzy co chwila podchodzili, zabawiali, wyciągali Wiktora z wózka, żeby go przytulić i pocałować. Jeszcze bardziej dziwiło nas, że bezbłędnie potrafili ocenić wiek niemowlaka.

      Największym problemem okazały się straszliwe upały. I to nie tak banalnie - dlatego, że było nam za gorąco, ale dlatego, że (jak to bywa przy wysokich temperaturach) bardzo chciało się pić. Tymczasem Wiktor nie umiał pić. Ani z butelki, ani z niekapka, ani ze szklanki. Tylko z piersi, a karmienie go co 10-15 minut szybko okazało się męczące i trudne technicznie. Próbowaliśmy łyżeczką, ale wypicie sensownej ilości płynu za pomocą łyżeczki wiązało się w zasadzie z piciem nieustannym. W końcu udało nam się opracować idealny sposób. Wystarczyło wziąć słomkę, zanurzyć ją w butelce z płynem, zatkać górny otwór, a następnie włożyć dziecku do ust i puścić. Tym sposobem cała zawartość słomki szybko znajdowała się w brzuszku. Wystarczyło kilka takich tur i dziecko było napite i zadowolone.

    Jedną z pierwszych wycieczek był rejs statkiem po okolicznych wyspach. Właśnie tego dnia Wiktorkowi wyrósł trzeci ząb, co było jak najbardziej adekwatne do sytuacji. Tym samym został nazwany Neptunem i wyruszył na podbój Morza Egejskiego(?)

    Udało nam się również zwiedzić opuszczone greckie miasto, z którego kilkadziesiąt lat wcześniej zostali wysiedleni jego mieszkańcy. Spory teren upstrzony kamiennymi zabudowaniami, które stoją nietknięte jako świadectwo dwudziestowiecznej historii tej części Europy.

       Popłynęliśmy też na Rodos, gdzie Wiktor pierwszy raz w życiu jadł cytrynę i wyjątkowo mu ona smakowała. Zwiedzanie wyspy zajęło nam cały dzień i – w zasadzie – ciągle było mało. Niechętnie wsiadaliśmy na powrotny statek, ale był to już ostatni tego dnia rejs do Turcji.

       Zwiedziliśmy również kilka okolicznych miast, polataliśmy na paralotniach (tym razem już tylko my – rodzice), popływaliśmy w morzu. Dwa tygodnie minęły szybko. Może nawet trochę za szybko…

 

POWRÓT