TAJLANDIA, KAMBODŻA, MALEZJA

luty 2009

O tym, że pojedziemy do Indochin zdecydowaliśmy się na 2 miesiące przed wyjazdem. Wtedy kupiliśmy bilety. Dwa miesiące, to strasznie długo. Dwa miesiące niecierpliwego oczekiwania i powtarzających się w kółko pytań:

            - No to kiedy wreszcie wyjedziemy?

Przyjemnie tak w środku ponurej miejskiej zimy poczuć wilgotne gorące powietrze, zobaczyć kolorowy świat, spróbować arbuza…

W Bangkoku wylądowaliśmy o 3 nad ranem miejscowego czasu, czyli wieczorem naszego. I od razu dał nam się we znaki podstawowy błąd, jaki popełniliśmy. Jedyny nocleg, jaki mieliśmy wcześniej zarezerwowany, to był pierwszy nocleg po przyjeździe. Jak się okazało, pokój miał być gotowy na 11. Dzięki temu mieliśmy szansę zobaczyć Bangkok – wielką egzotyczną metropolię budzącą się ze snu. Uśmiechnięte dzieci zmierzające do szkoły, pierwsze promienie słońca odbijające się w pozłacanych ornamentach buddyjskich świątyń i mnóstwo radosnych twarzy na każdym kroku.

Po dwudniowym pobycie w stolicy Tajlandii wyruszyliśmy na wschód. Najpierw sześciogodzinna podróż pociągiem za 1.5 dolara za osobę dorosłą - dzieci jechały za darmo. Z pociągu przesiedliśmy się do tuktuka, następnie do pick-up’a, w końcu pieszo przekroczyliśmy granicę z Kambodżą, potem jeszcze kawałek autobusem i wreszcie samochodem do Siem Reap, dokąd udało nam się dotrzeć jeszcze przed zachodem słońca.

            Pierwszy dzień w Siem Reap zaczął się wcześnie i burzliwie. Chłopaki zatruli się zjedzoną poprzedniego dnia kolacją i od samego rana walczyliśmy intensywnie z chorobą ich żołądków. Na szczęście dzieci szybko się regenerują i już około południa byli prawie zdrowi. Jako, że straciliśmy pół dnia, postanowiliśmy przełożyć zwiedzanie Angkoru na kolejne dni, zapakowaliśmy się do umówionego wcześniej tuktuka i pojechaliśmy w stronę jeziora Tonle Sap. Tam wynajęliśmy łódkę i zatopiliśmy się w prawdziwą azjatycką egzotykę. Na tym ogromnym zbiorniku wodnym znajduje się kilka „pływających miast”. W tym, które widzieliśmy mieszka ok. 4000 ludzi, są szkoły, kościoły, nawet sala gimnastyczna, a wszystko to unoszące się na wodzie.

            Kolejne trzy dni spędziliśmy na zwiedzaniu Angkoru. Cały kompleks świątyń zajmuje powierzchnię zbliżoną do powierzchni Warszawy. W okresie świetności państwa Khmerskiego mieszkało tam milion ludzi (w tym czasie w Paryżu mieszkało poniżej 100 tysięcy, a w Krakowie około 2000 ludzi). Chłopaki byli zachwyceni świątyniami. Bawili się w odkrywców, krążąc po kamiennych labiryntach, podziwiali wykute w ścianach sceny z hinduistycznej mitologii, a od czasu do czasu pozowali do zdjęć, bo dla wielu snujących się po Angorze Azjatów stanowili większą atrakcję, niż ruiny wokół. Jak już byli zmęczeni, znajdowaliśmy jakieś chłodne, zaciszne, średniowieczne pomieszczenie, wyciągaliśmy zabawki i odpoczywaliśmy wyobrażając sobie, co tu się działo przed wiekami. A działo się, działo…

            Prosto z zakurzonej, zaminowanej jeszcze miejscami, pod wieloma względami zacofanej Kambodży w ciągu dwóch godzin znaleźliśmy się w jednym z bardziej nowoczesnych miast tego regionu – w Kuala Lumpur. Wydostanie się z lotniska zajęło nam prawie tyle, ile lot z Siem Reap. O razu pojechaliśmy na dworzec kolejowy i kupiliśmy bilety na najbliższy pasujący nam pociąg – na wieczór. Mieliśmy prawie cały dzień i jeden podstawowy punkt programu: Petronas Tower. Jak się okazało ten jeden punkt wystarczył. Wjechaliśmy na górę, na most między wieżami, zjedliśmy obiad, a w końcu znaleźliśmy brodzik dla dzieci u stóp wież i tam spędziliśmy resztę dnia taplając się w przyjemnej, chłodnej wodzie.

            Pociąg dojechał do miejscowości Jerantut o 3 w nocy. Wysiedliśmy półprzytomni i zanurzyliśmy się w ciemności. Wbrew oczekiwaniom, nie wysiadły razem z nami tłumy turystów, byliśmy sami, a mieszkańcy, których o tej porze było jak na lekarstwo, nie potrafili porozumieć się z nami inaczej, niż na migi. W końcu znalazł się taksówkarz w rozpadającym się starym mercedesie, który (również na migi) zgodził się zawieźć nas do przystani w Kuala Tembeling, czyli do miejsca, skąd mieliśmy zamiar łodzią dostać się w głąb dżungli. Zapakowaliśmy się do mercedesa, kierowca ruszył z piskiem opon i w ciemnościach po omacku włączył radio, z którego zaatakowały nas z dużą siłą śpiewy muezinów. Przy takim akompaniamencie pędziliśmy w dół krętą drogą po to, by za chwilę z dużym wysiłkiem wtoczyć się na następne wzniesienie. Po kilku takich cyklach byliśmy na miejscu. Na przystani doczekaliśmy do świtu, potem jeszcze kilka godzin i wreszcie wsiedliśmy na łódź. Trzy godziny później byliśmy na miejscu.

            Park narodowy Taman Negara jest reklamowany jako najstarszy na świecie zachowany las deszczowy. Trudno powiedzieć ile w tym jest prawdy, ale faktem jest, że tamtejsza przyroda zachwyca swoim bogactwem i rozmachem. Miejscowość, do której dotarliśmy, w której mieści się siedziba dyrekcji parku narodowego okazała się najzwyklejszą pod słońcem wsią. Po wąskich wydeptanych ścieżkach biegały kury, na brzegu rzeki pasło się jakieś nieznane nam bliżej bydło. Przy brzegu kilka zacumowanych zadaszonych barek z poustawianymi stołami i krzesłami, pełniących funkcję restauracji Mieszkańcy utrzymują się z turystyki, ale forma tego jest raczej prowizoryczna. Pokoiki do wynajęcia poprzyklejane do domów, z oknami, przez które nie da się wyjrzeć.

Park narodowy jest ogromny. Im dalej od „naszej” wsi, tym bardziej dziko, ścieżki zanikają, można spotkać półdzikie plemiona. Dla nas niestety długie wycieczki były kompletnie nieosiągalne. Chłopaki dzielnie wędrowali mimo zaduchu, wilgoci i innych tropikalnych „atrakcji”, ale ich dzielność wypalała się doszczętnie po 2-3 godzinach marszu. Za to po powrocie do wioski mogli do wieczora chlapać się w mulistej, ciepłej rzece.

Z dżungli wróciliśmy na kilka godzin do Kuala Lumpur po to, by zapakować się do pociągu, który miał nas zawieźć z powrotem do Tajlandii. Przyszedł czas na odpoczynek. Dobrze tak czasem poleniuchować. Zaraz po przekroczeniu granicy malezyjsko - tajlandzkiej pojechaliśmy do portu i szybką łodzią popłynęliśmy na wyspę Tarutao. Wszyscy się dziwili: na pewno na tą wyspę chcemy jechać? Tam nikt nie jeździ, tam nie ma rafy, nie ma hoteli. Na pewno. Z dziećmi na rafie byłby problem. Ciągła kontrola, tłumy ludzi dookoła. A tu? A tu wynajęliśmy sobie namiot, rozbiliśmy go na plaży, w cieniu palm, wokół cisza, raptem kilkanaście, no, może kilkadziesiąt osób na całej, dwudziestokilometrowej wyspie. Pusta plaża, daleko w głąb morza płycizna, uciekające spod nóg kraby i tylko wielkie czerwone meduzy pojawiające się od czasu do czasu burzyły lekko nasz spokój.

Sielanka ma to do siebie, że, chociaż przyjemna, szybko się nudzi. Po czterech dniach na plaży mieliśmy dosyć. Zwłaszcza, że spaliśmy w namiocie na gołej ziemi, bo jakoś nie bardzo mieliśmy ochotę ciągnąć przez pół świata karimat na wypadek, gdyby miały się przydać. Właściwie ziemia nie była goła. Była wyściełana gryzącymi mrówkami.

Rano wypłynęliśmy z wyspy, a następnego ranka byliśmy w Bangkoku. Tym samym zatoczyliśmy koło. Do odlotu mieliśmy jeszcze 3 dni, więc postanowiliśmy spełnić największe chyba marzenie chłopaków dotyczące tego wyjazdu. Całą drogę opowiadali, jak bardzo chcieliby pojeździć na słoniu. W tym celu (a przy okazji, żeby coś jeszcze zobaczyć) pojechaliśmy do dawnej stolicy Tajlandii – Ajuttaji. Rano pociągiem w jedną stronę, popołudniu w drugą. A w ciągu dnia kolejne świątynie – zarówno współczesne, jak i historyczne ruiny, no i upragnione słonie!

POWRÓT