SKANDYNAWIA

sierpień 2014


Tym razem zdecydowaliśmy się zwiedzić północną część Europy. Chłopcy są już na tyle duzi, że wytrzymują długie przejazdy autem, nadszedł więc czas na pierwszą wyprawę samochodową. Przez pewien czas zastanawialiśmy się, czy nie byłoby zasadne zabranie ze sobą odtwarzacza DVD, żeby dzieci w czasie jazdy się nie nudziły. Ostatecznie zrezygnowaliśmy jednak z tego rozwiązania w myśl zasady, że wakacje są czasem odpoczynku – również od mediów. Mimo naszych obaw, brak możliwości „spacyfikowania” dzieci za pomocą filmu, okazał się nie stanowić żadnego problemu. Chłopcy szybko wpadli w rytm jazdy i nawet Kornel nie marudził z powodu konieczności spędzania w samochodzie wielu godzin dziennie.

Z Warszawy wyjechaliśmy w jeden z najgorętszych dni tego lata. Wystarczyła jednak noc na promie z Gdyni do Karlskrony i aura całkowicie się zmieniła. Mimo niezłej pogody, temperatura spadła o kilkanaście stopni i na tym poziomie utrzymywała się przez cały nasz pobyt w Skandynawii.

Przejechaliśmy w sumie ponad 5 000 km przez Norwegię, Szwecję, Wyspy Alandzkie, Finlandię, Estonię, Łotwę i Litwę. Po Skandynawii jeździ się wspaniale – drogi są w dobrym stanie i świetnie oznakowane, ruch niewielki, a kierowcy ostrożni. Problemem są niektóre drogi górskie, zwykle bardzo wąskie (niejednokrotnie szerokości jednego samochodu) i kręte. Gorzej sytuacja wygląda w Pribałtyce, gdzie i styl jazdy i stan dróg pozostawiają sporo do życzenia.

Jako, że Skandynawia słynie z wysokich cen, na wyjazd zabraliśmy ze sobą jedzenie na całe trzy tygodnie podróży. Patent ten sprawdził się zupełnie nieźle, chociaż pod koniec mieliśmy już dosyć gotowych dań „turystycznych” i chrupkiego chleba. Najlepszym obiadem, jaki jedliśmy podczas tej wyprawy był pierwszy posiłek, na który zostaliśmy zaproszeni do restauracji „Jadalnia Pod Zielonym Smokiem” w Gdańsku. Za zaproszenie dziękujemy, a miejsce możemy wszystkim szczerze polecić!

Nocowaliśmy w namiocie, który w większości przypadków rozbijaliśmy na campingach, choć kilkakrotnie zdarzyło się również spać „na dziko”. Mimo relatywnie niskich temperatur, nie odczuliśmy żadnego dyskomfortu. Jedynie huragan, który przeżyliśmy na campingu pod Bergen dał się nam we znaki, a nasz namiot następnego dnia rano był wyraźnie zdeformowany. Opinia, że Bergen słynie z ekstremalnej pogody, nie była przesadzona.

Ogólnie wyprawa, jedna z bardziej męczących, jakie mamy na swoim koncie, bardzo się udała. Widoki zapierały dech w piersiach. Widzieliśmy fiordy, lodowce, wielkie wodospady, liczne tunele, ogromne transatlantyki i pełen przekrój rozmaitych przyczep campingowych i camperów z całej Europy. Szkoda tylko, że na swojej drodze nie spotkaliśmy żadnego prawdziwego trola…












































































































































































































POWRÓT