SINGAPUR, MALEZJA, INDONEZJA

styczeń 2012

Tym razem naszym celem stała się Indonezja. Wulkany, zabytki, rafa koralowa i słońce – choć przez chmury, bo nasz wyjazd wypadł w środku pory deszczowej. Pora deszczowa, wbrew obiegowej opinii, jest doskonała do podróżowania. Deszczu tak naprawdę jest mniej, niż latem w Polsce (jest za to bardziej intensywny), a chmury chronią przed nadmierną spiekotą. Dodatkowo w tym okresie jest zdecydowanie mniej turystów, więc i ceny są niższe i mniejszy tłok na wszystkich popularnych trasach.

Dodatkową atrakcją był lot największym pasażerskim samolotem, czyli airbusem A380. Lot, po którym wszyscy – zwłaszcza chłopcy – wiele sobie obiecywali i nikt nie był zawiedziony.

Zanim znaleźliśmy się w Indonezji, spędziliśmy dwie godziny w samolocie do Frankfurtu, sześć godzin na lotnisku, kolejne 12 godzin w samolocie, potem przebijaliśmy się przez Singapur i granicę malezyjską, następnie całą noc marzliśmy w pociągu i cały dzień snuliśmy się po Kuala Lumpur. W końcu po 2.5 godzinie lotu wylądowaliśmy w Surabaji. Nareszcie. Jak to przyjemnie po dwóch dobach w podróży wreszcie się położyć…

Przed wyjazdem wszyscy najbardziej martwili się o najmłodszego uczestnika podróży. Nic dziwnego – niemowlak w tak trudnych warunkach… Okazuje się jednak, że to właśnie on był w najlepszej sytuacji. Jako jedyny – ze względu na swoje gabaryty – mógł spać kiedy chciał, gdzie chciał i w jakiej chciał pozycji.

Surabaja zaskoczyła nas swoim charakterem. Wiedzieliśmy, że to wielkie, mało przyjazne miasto. Nie spodziewaliśmy się jednak gigantycznej, kilkumilionowej wsi. Tak to właśnie wyglądało – ogromny obszar pokryty niskimi, przeważnie dwukondygnacyjnymi zabudowaniami o standardzie niewiele wyższym od slumsów. Do tego brak chodników i nieprawdopodobnie duży ruch na ulicach. Cóż, Jawa jest jednym z najgęściej zaludnionych miejsc na świecie i rzeczywiście widać to na każdym kroku.

Dużo bardziej przyjazna okazała się Yogjakarta. Zarówno samo miasto, jak i okolice były zdecydowanie warte odwiedzenia. Ciekawie było zwiedzić dwa wielkie kompleksy świątyń: Borobudur i Prambanan, chociaż wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że Angkoru nic nie przebije.

Trzeba przyznać, że Indonezja jest krajem niezwykle różnorodnym. My widzieliśmy zaledwie mały jej kawałek, a jednak odwiedziliśmy miejsca różne pod względem przyrodniczym, zwiedziliśmy różne zabytki i spotkaliśmy wielu ludzi różnych kultur, wyznawców różnych religii i poglądów.

Chłopcom najbardziej podobały się dwa miejsca. Po pierwsze Bromo. Surowe, wulkaniczne piękno, chłód, mgły, silny wiatr i walka z żywiołami. Pogoda, na jaką tam trafiliśmy nie była idealna, ale właśnie to dodawało atmosfery „wielkiej przygody”. Dodatkowo kontrast klimatyczny pomiędzy tym miejscem, a całą resztą wyspy też robił wrażenie. Drugim miejscem oczywiście była rafa koralowa. Rafę oglądaliśmy na Bali.  Piękne widoki i obijające się o nas kolorowe rybki pozostawiły niezapomniane wrażenie.

Ostatnie dwa dni wyjazdu spędziliśmy w Singapurze. Singapur zrobił na wszystkich piorunujące wrażenie. Tym bardziej piorunujące, że podsycone kontrastem ze zgrzebną Indonezją. Chłopcy zachłysnęli się tym miastem. Jego rozmachem, nowoczesnością i, oczywiście, ogrodem zoologicznym.

Po trzech tygodniach wygrzewania się pod tropikalnym niebem trzeba było wrócić do rzeczywistości. Czekały babcie, koledzy i wreszcie szkoła. Powrót był bolesny. Na dworze 15 stopni poniżej zera, w mieszkaniu powietrze wysuszone do niemożliwości i jeszcze co najmniej dwa miesiące do wiosny. Ale jednak dobrze było zrobić sobie małą przerwę w zimie.

POWRÓT