TAJLANDIA I LAOS

sierpień 2010

Sytuacja wydawała się nienajlepsza… Wakacje zbliżały się nieubłaganie, dzieci pytały, dokąd pojedziemy, a Łukasza noga – paskudnie złamana w styczniu – za nic nie dawała się zrehabilitować. O chodzeniu bez kul nie było mowy i nic nie wskazywało, żeby miało się to wkrótce zmienić. Pojechanie gdziekolwiek samochodem odpadało. Byliśmy skazani na transport publiczny, trzeba było tylko wymyślić miejsce, gdzie najsprawniej on funkcjonuje. Nieśmiało zaczęliśmy myśleć o Tajlandii. Infrastruktura turystyczna bez zarzutu, taksówki tanie, pogoda mało urozmaicona (to ważne, bo nie trzeba pakować wielu ubrań, a lżejszy plecak to mniejsze obciążenie dla nogi, a do jednego plecaka we czwórkę nie dalibyśmy rady się zapakować).

Na próbę pojechaliśmy z namiotem nad Wigry, zakładając, że jeśli uda się to zrobić w miarę bezboleśnie, to i z Tajlandią sobie poradzimy. Dwa plecaki, namiot, cztery śpiwory, karimaty, kuchenka, menażki i… tydzień nad Wigrami udał się idealnie.

Chłopcy, usłyszawszy o Tajlandii zaczęli radośnie podskakiwać. A my planować, bo czas nagle zaczął się kurczyć w zastraszającym tempie. Ostatecznie Tajlandia okazała się niewystarczająca. Apetyt rósł i zachciało nam się zobaczyć coś więcej. A zatem Laos – blisko, po drodze, a i perspektywa spędzenia dwóch dni na Mekongu wydawała się kusząca dla połamanej nogi.

Lato w Indochinach jest porą deszczową. Początkowo obawialiśmy się trochę, czy ciągłe monsunowe deszcze nie dadzą nam się za bardzo we znaki. Szybko jednak zdaliśmy sobie sprawę z tego, że europejskie wyobrażenie pory deszczowej ma się nijak do rzeczywistości. Owszem, pada więcej, niż w porze suchej, deszcze faktycznie bywają bardzo intensywne, ale czas trwania tych opadów jest naprawdę niczym w porównaniu do zwykłego deszczowego polskiego lata. Przez cały miesiąc tylko dwa dni były naprawdę deszczowe, a sporo było takich, kiedy z nieba nie spadła ani kropla wody.

Wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie dość, że udało nam się zobaczyć wiele ciekawych miejsc, to jeszcze noga zaczęła coraz lepiej funkcjonować, tak, że pod koniec pobytu jedna z kul okazała się już prawie niepotrzebna. Najlepszą rehabilitacją były codzienne spacery po piasku – bo ostatni tydzień spędziliśmy na pustej, zapomnianej przez wszystkich o tej porze roku plaży.

POWRÓT