KIRGISTAN

lipiec 2015


KIRGISTAN MAP


Miał być Wietnam. O tym wszyscy marzyliśmy. Aż tu niespodziewanie pojawiły się godne zainteresowania bilety do… Biszkeku. Decyzja musiała być szybka. Sprawdziliśmy właściwie tylko klimat (wiedząc, że wiele miejsc w tej części świata latem jest upiornie gorących) i sami nie wiedząc, co nas tam czeka, kupiliśmy bilety do Kirgistanu.

W pierwszym etapie podróży musieliśmy dostać się do Pragi, bo dopiero stamtąd mieliśmy samolot. Ten odcinek pokonaliśmy autobusem i bez problemu znaleźliśmy się na lotnisku. Dalej było już tylko przyjemniej. Jeden lot, kilka godzin zabaw na lotnisku w Stambule, drugi lot...

Biszkek okazał się typowym radzieckim miastem – zarówno pod względem architektonicznym, jaki i mentalnym.  Lekko orientalnego kolorytu dodawali mu mieszkańcy, w większości należący do rasy żółtej.

Po dwóch upalnych (39°C) dniach spacerowania po ulicach stolicy, wyruszyliśmy w interior. Pierwszym naszym celem miało być południowe wybrzeże jeziora Issyk Kul. Ta część jeziora słynie z większej dzikości w porównaniu do gęstego od kurortów północnego wybrzeża.

Jezioro Issyk Kul jest lekko zasolonym, ogromnym stawem górskim długości 180 km. Na wybrzeżu trafiliśmy do kameralnego ośrodka, którego większość gości stanowiła spora grupa Kazachów spędzających tam wakacje. Szybko się zaprzyjaźniliśmy i wspólnie spędziliśmy kilka miłych wieczorów. W ciągu dnia zwiedzaliśmy okolicę. Największe wrażenie zrobił na nas Kanion Skazka – dolina fantazyjnie wyrzeźbiona przez deszcz i wiatr. W kanionie nie było wyznaczonych szlaków (podobnie jak chyba wszędzie na terenie byłego Związku Radzieckiego), więc można było chodzić którędy się chciało. Chłopcom penetrowanie malowniczych formacji skalnych sprawiało ogromną frajdę.

Znad jeziora pojechaliśmy do miejscowości Karakoł (dawniej Przewalsk). Zwiedziliśmy muzeum słynnego podróżnika i badacza Nikołaja Przewalskiego, a następnego dnia wybraliśmy się w góry Tien Szan. W górę, do doliny Altyn Araszan dojechaliśmy samochodem UAZ zwanym tutaj potocznie „tabletką”. W dół musieliśmy już niestety iść pieszo ponad 10 km. Pobyt w górach był dla wszystkich sporym przeżyciem. Już sama jazda terenowym busikiem wzbudzała spore emocje (droga miejscami przypominała wejście na Czerwone Wierchy). Na miejscu zakwaterowaliśmy się w jurcie, o czym od kilku dni marzyliśmy. A największą atrakcją były przejażdżki konne po okolicy. Wiktor, który wcześniej trochę jeździł miał okazję po raz pierwszy w życiu galopować. Marcel siedział na koniu po raz pierwszy w życiu i wszyscy byli z niego bardzo dumni, bo całkiem nieźle sobie radził. Kornel, trochę za mały, żebyśmy pozwolili mu samemu jechać (choć kirgiskie dzieci już w tym wieku jeżdżą konno), siedział w siodle razem z mamą i ciągle krzyczał „Galopem! Chcę galopem!”

Ostatnim punktem naszej wyprawy był jeden z kirgiskich kurortów, miejscowość Bosteri położona na północnym wybrzeżu jeziora Issyk Kul. Klasyczny postsowiecki kurort – tłumy ludzi, hektolitry wódki, przekrzykujące się nawzajem dyskoteki uniemożliwiające zaśnięcie przed świtem, pokoje „hotelowe” w mniej lub bardziej obskurnych blokach z wielkiej płyty i krążący po plaży handlarze oferujący gorącą kukurydzę, pirażki, kolorową watę cukrową. Do tego spora podaż różnego typu atrakcji - fruwanie na spadochronie ciągniętym przez motorówkę, dmuchanych „bananach” (Marcel próbował i bardzo mu się podobało), jazda na wielbłądzie (dwugarbnym!), skutery wodne itd.

W okolicy naszego kurortu trafiliśmy na zupełnie zapomniane „muzeum” – plac, czy może raczej kawałek lokalnego stepu, wypełniony głazami, z których wiele ozdobionych jest petroglifami sprzed 3000 lat. Miejsce bardzo ciekawe, rzadko odwiedzane przez turystów.

        Wyjazd dobiegał już końca. Pozostało nam wrócić do Biszkeku, zrobić ostatnie zakupy na sławnym Osz Bazarze, dolecieć do Stambułu (oglądając po drodze z lotu ptaka to, co zostało z Morza Aralskiego), potem do Pragi (podziwiając podczas startu Cieśninę Bosforską – granicę między Europą i Azją), a potem, po krótkim wieczornym spacerku po stolicy Czech, dotrzeć wreszcie autobusem do domu.

































































































































































































































































































POWRÓT