WYSPY KANARYJSKIE

kwiecień 2007

Z wyjazdem czekaliśmy aż dzieci wyzdrowieją. Najpierw była ospa, potem druga ospa, potem zapalenie oskrzeli… Jak już wydawało się, że wszystko minęło, zdecydowaliśmy się kupić bilety. Na za tydzień.

Samolot mieliśmy we wtorek wieczorem. W poniedziałek położyliśmy się spać już częściowo spakowani. Rano okazało się, że Marcel znowu jest chory. Na co? Jak to powiedziała kiedyś lekarka na ostrym dyżurze w szpitalu: „I po co to lekarzom głowę zawracać, jak dziecko ma tylko gorączkę? Przecież nie jestem wróżką! Jak nie ma innych objawów, to skąd mam wiedzieć, co to za choroba?” Innych objawów nie było. Za to gorączka imponująca: popołudniu doszła do 41 stopni. Licząc na to, że to tylko trzydniówka, wsiedliśmy do samolotu modyfikując lekko nasz bagaż, bo w tej sytuacji woleliśmy jednak zabrać ze sobą wózek. Po całej nocy gnieżdżenia się we czwórkę na trzech miejscach dolecieliśmy wreszcie na Teneryfę. Na szczęście gorączka zgodnie z przewidywaniami minęła po trzech dniach i do końca wyjazdu nikt już nie chorował.

Na Teneryfie spędziliśmy pierwsze półtorej doby, a następnie zapakowaliśmy się na prom i popłynęliśmy na jedną z najdalej wysuniętych wysp archipelagu – na La Palmę. Statek, który po drodze zawijał jeszcze do portu na Gomerze, od początku był prawie pusty. Żeby było zabawniej, większość pasażerów wysiadło na pierwszej wyspie i dalej prom przeznaczony na jakieś 2000 osób płynął dziarsko z kilkunastoma raptem osobami na pokładzie. To był kwiecień. Ciekawe, czy w sezonie promy bywają zatłoczone?

Na La Palmę dopłynęliśmy w środku nocy. Uderzyło nas rześkie, chłodne, wilgotne powietrze przesycone oszałamiającym zapachem. Zapach był tajemną miksturą słonej morskiej bryzy i niezliczonych gatunków ziół.

Po La Palmie przemieszczaliśmy się głównie komunikacją publiczną, a tam, gdzie ona nie dojeżdżała – łapaliśmy stopa. Najwięcej zatrzymujących się samochodów stanowiły auta wynajęte przez niemieckich turystów, którzy bardzo grzecznie informowali nas, że mimo szczerych chęci i wolnych miejsc nie mogą nas podwieźć, bo nie mają fotelików dla dzieci. Na szczęście nie tylko Niemcy poruszali się po tamtejszych drogach. W końcu zatrzymał się samochód, którym podróżowało pięć osób. Podeszliśmy do niego pewni, że znowu bardzo grzecznie nam odmówią. W samochodzie siedzieli Hiszpanie. Z uśmiechami na ustach powiedzieli, że oczywiście, nie ma problemu, jakoś się pomieścimy. No i faktycznie jakoś się zmieściliśmy.

W pierwszej kolejności pojechaliśmy w głąb wyspy, na krawędź wielkiego krateru, który, jak się okazuje kraterem wcale nie jest. Przez wiele lat formacja skalna znajdująca się w centrum wyspy była uznawana za największy krater wulkaniczny świata (12 km średnicy). Nadano jej nazwę Caldera de Taburiente. Słowo caldera, oznaczające po hiszpańsku garnek dobrze opisywało kształt krateru. W późniejszych czasach na stałe weszło do języka geologicznego i teraz w wielu językach, w tym w polskim funkcjonuje pojęcie kaldery wulkanicznej. Kolejne badania dowiodły jednak, że gigantyczny krater nie powstał na skutek wybuchu potężnego wulkanu. Obecnie przypuszcza się, że to procesy erozyjne doprowadziły do powstania tego niezwykłego kształtu.

Najciekawszy okazał się południowy kraniec wyspy – bardziej księżycowy krajobraz, upstrzony czarnymi stożkami wulkanicznymi, a wśród nich najmłodszy wulkan na Wyspach Kanaryjskich, którego erupcja miała miejsce w latach 70. XX wieku. Góry bardzo niskie, ale z racji swojego położenia, kształtu i niezwykle silnych omiatających je wiatrów dające wspinającym się na nie ludziom poczucie prawdziwej wysokogórskiej wędrówki. La Palma jest ponoć najbardziej wypiętrzoną wyspą świata – czyli najwyższą w stosunku do powierzchni. Najwyższy szczyt umiejscowiony na Kalderze jest mniej więcej wysokości Rysów, a cała wyspa ma powierzchnię 700 km2.

Po tygodniowym pobycie na wyspie ponownie wsiedliśmy na wielki pusty prom, który kołysząc się miarowo na falach Atlantyku dowiózł nas z powrotem na Teneryfę.

Południowy kraniec wyspy jest całkiem opanowany przez przemysł turystyczny. Hotele równomiernie pokrywają pagórkowaty teren. Plaże pełne są roznegliżowanych,  tłustych, poparzonych przez słońce kobiecych i wytatuowanych gdzie się tylko da męskich ciał. Trzeba było uciekać.

Wynajęliśmy samochód i rozpoczęliśmy zwiedzanie wyspy. Głównym naszym celem było dotarcie na szczyt wulkanu wypiętrzonego w samym centrum Teneryfy – Pico del Teide. Pomimo tego, że wyspy te formalnie należą do Afryki, Teide uznane jest za najwyższy szczyt Hiszpanii. Ma 3718 m. n.p.m. Na wysokość ok. 3500 m. można wjechać kolejką linową. Albo wejść jednym z kilku szlaków. Żeby dostać się na sam szczyt potrzebna jest specjalna przepustka, którą można otrzymać w siedzibie zarządu parku narodowego, która mieści się w stolicy wyspy – Santa Cruz.

W pierwszej kolejności pojechaliśmy zatem do Santa Cruz. Miasto ładnie położone, ale gwarne i tłoczne. Załatwiliśmy przepustki i pojechaliśmy dalej – dookoła wyspy. Wyspa okazała się piękna i dość różnorodna. Pustynie, skaliste wzniesienia, zamglone wąwozy… Do tego dochodzą atrakcje turystyczne jak chociażby Loropark, czyli coś na kształt miniaturowego zoo oferującego również występy delfinów, fok, czy orek.

W końcu, któregoś dnia przyszedł czas na Teide. Wyjechaliśmy wcześnie rano. Po jakiejś godzinie dotarliśmy do dolnej stacji kolejki i dość sprawnie wjechaliśmy na górę. Na górze Marcel ulokowany został w nosidełku, Wiktor złapany za rękę i ruszyliśmy pod górę. Na tej wysokości czuć już mniejszą zawartość tlenu w powietrzu. Szliśmy wolno, ale doszliśmy. Szczyt został zdobyty. Panorama rozciągająca się stamtąd zapierała dech w piersiach. Krater Teide okazał się maleńki – najmniejszy, spośród wszystkich które mieliśmy okazję już widzieć. Miał może z 10 metrów średnicy i był bardzo płytki. Miejscami unosił się duszący zapach siarki i lekkie smużki dymu, a kamienie zabarwiały się na żółto.

        Teraz czekała nas droga powrotna w dół. Na sam dół. Na wszelki wypadek zapytaliśmy jeszcze strażnika pilnującego, kto wchodzi na szczyt – powiedział, że na dół idzie się ze 2 godziny. Brzmiało dziwnie, ale chyba wiedział, co mówi? Na rozwidleniu stała strzałka, a na niej 4.5 h. Nazwa nic nam nie mówiła. Pewnie to dalej, niż my potrzebujemy. Ruszyliśmy w dół. Wulkaniczne popioły, pumeksy, kamienie osypywały nam się spod nóg. Po dwóch godzinach marszu zobaczyliśmy cel, do którego zmierzamy. Było jeszcze bardzo daleko. Krajobraz księżycowy, chłodne (bo wysokość), suche powietrze, palące słońce i ani kropli wody. Na szczęście mieliśmy ze sobą sporo picia. Szliśmy 5 godzin spotykając po drodze kilka zagubionych osób maszerujących do góry, którym też ktoś powiedział, że to blisko. W końcu zeszliśmy do szosy. Do miejsca, w którym zostawiliśmy samochód dowiózł nas przypadkowy samochód kierowany przez Francuzów, z którymi porozumiewaliśmy się na migi. W samochodzie chłopaki usnęli natychmiast, ale już po godzinie jazdy byli całkiem wypoczęci i domagali się spaceru nad morze. Cóż, dzieci po prostu nie da się zmęczyć…

POWRÓT