MALEZJA-INDONEZJA-TAJLANDIA

luty 2014


     

Już prawie kupowaliśmy bilety do Indii, kiedy nagle pojawiła się fantastyczna promocja do Kuala Lumpur… Do tego pomysłu wszyscy podeszli bardzo entuzjastycznie. Szczególnie Wiktor, który ciągle wspominał malezyjską waniliową coca-colę i Marcel, który ma wyjątkowy sentyment do Petronas Tower. Było niewiele czasu na zaplanowanie trasy, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na Sumatrę jako główny punkt programu. Obawialiśmy się, że wzmożona aktywność wulkanu Sinabung, który znajdował się na trasie naszej podróży, może skutecznie pokrzyżować plany, ale postanowiliśmy zaryzykować i nie przejmować się powtarzającymi się informacjami o kolejnych jego wybuchach i coraz większej liczbie ewakuowanych ludzi.

Po pierwszych trzech dniach spędzonych w malezyjskiej stolicy, wsiedliśmy na pokład samolotu  i po niespełna 40-minutowym locie, który był czystą formalnością w porównaniu z długim i męczącym lotem z Europy, znaleźliśmy się w Indonezji.

Po Sumatrze podróżuje się powoli. Ogromna ilość ludzi i pojazdów w połączeniu ze słabym stanem dróg i panującym na nich totalnym chaosem powoduje, że przejechanie stu kilometrów może trwać cały dzień. Dlatego ograniczyliśmy zwiedzanie do kilku miejsc stosunkowo blisko siebie położonych..

Pierwszym z nich było Bukit Lawang - senna mieścina na skraju dżungli, której główną atrakcją są orangutany dokarmiane przez strażników parku narodowego. To jedno z dwóch miejsc na świecie, gdzie te wspaniałe małpy żyją na wolności (drugie jest na Borneo). Rzeczywiście orangutany (podobnie jak inne pojawiające się zwierzęta: makaki, gekony, warany i kolorowe ptaki) zrobiły na nas duże wrażenie. Chłopcy z podziwem patrzyli, jak młode orangutanki z niewyobrażalną sprawnością skakały wysoko po gałęziach drzew. I żaden nie spadł!

Po krótkim pobycie w dżungli udaliśmy się do Berastagi – miejscowości położonej pomiędzy dwoma wulkanami: wybuchającym aktualnie Sinabungiem i uśpionym od wielu lat Sibayakiem. Chociaż ewakuacja została już odwoływana, to o zbliżeniu się do Sinabunga nie było mowy. Za to Sibayak stał dumnie i czekał na nas. Udało nam się poznać niezwykłego człowieka – Ismaila, który prowadząc nas na wulkan opowiadał o rosnących wokół ziołach, o ich leczniczym działaniu, o gibonach, których krzyki towarzyszyły nam w drodze, o swojej religii (był animistą), no i przede wszystkim o swojej babci, która była jednym z ostatnich żyjących na Sumatrze kanibali. Podobno szczególnie upodobała sobie jedzenie uszu i nosów Holendrów (Indonezja była kolonią holenderską) bo były chrupiące i nie trzeba było ich gotować.

Sibayak okazał się niezwykłym wulkanem. Chociaż widzieliśmy już ich kilka w życiu, nigdy wcześniej nie trafiliśmy na taki, który wydawał z siebie tak głośne dźwięki. Fumarole huczały plując gorącym i śmierdzącym dymem, ziemia parzyła stopy. Trudno było się oprzeć wrażeniu, że ta wulkan jest żywym stworzeniem, które wymaga respektu i szacunku. Nic zatem dziwnego, że jest jednym z głównych bogów miejscowej ludności…

Kolejnym miejscem, do którego się udaliśmy, było Jezioro Toba – gigantyczny (długi na ok. 100 km) krater wygasłego wulkanu, którego wybuch 75 tysięcy lat temu omal nie doprowadził do wyginięcia gatunku ludzkiego. Zatrzymaliśmy się na położonej na jeziorze wyspie Samosir, zamieszkanej przez nawróconych na luteranizm, byłych, kanibali.

Nasz pobyt na Sumatrze dobiegł końca. Teraz szybki „przeskok” na Półwysep Malajski, cała noc w pociągu, następnie kilka godzin podróży busem, a potem jeszcze kawałek na statku, aż znaleźliśmy się na niemal bezludnej tajskiej wyspie – Koh Adang – porośniętej dżunglą i otoczonej przepiękną rafą koralową. Po intensywnym zwiedzaniu było to doskonałe miejsce do odpoczynku.

Spędziliśmy tam ostatnie pięć dni pobytu w Azji. Największą atrakcją dla dzieci było oczywiście gorące morze, w których pływały całymi dniami, kolorowe, dające się karmić z ręki rybki i uciekające po plaży kraby. I to wszystko ze świadomością, że koledzy po feriach  już wrócili do szkoły i siedzą teraz na lekcjach, w ławkach, widząc za oknem ponurą, bezśnieżną zimę… 

Czekała nas tylko jeszcze trzydniowa powrotna podróż przez Amsterdam.
























































































































































































































































POWRÓT