GRECJA, ALBANIA,

CZARNOGÓRA, SERBIA

lipiec 2016





Na tegoroczne wakacje szukaliśmy kierunku jednocześnie bliskiego i egzotycznego – w ten sposób zrodził się pomysł zwiedzenia Albanii. Najprostszym – i zarazem najtańszym sposobem dotarcia tam, okazał się lot tanimi liniami lotniczymi na Korfu. Za to powrót wypadł nam z Podgoricy. Dzięki temu wyprawa rozciągnęła się jeszcze na dwa okoliczne państwa – Grecję i Czarnogórę. A przy okazji długiego międzylądowania w Belgradzie, posmakowaliśmy jeszcze klimatu Serbii.

Wyjazd rozpoczął się dość niefortunnie. Drugiego dnia pobytu w Grecji, Kornel upadł na schody i rozciął sobie czoło. Była to pierwsza okazja od początku naszego podróżowania, żeby skorzystać z ubezpieczenia, które na szczęście zawsze mamy wykupione. Rana została zaszyta, przez chirurga, któremu towarzyszył również pozszywany pies wylizujący histeryzującemu pacjentowi stopy – ot, grecki standard. Mimo bardzo dramatycznego początku całej tej historii, wszystko skończyło się dobrze, jeszcze przed powrotem do Polski wszystko się zagoiło, a szwy, w hotelu w Tiranie, wyjmowała mama w asyście całej rodziny.

Po niezbyt udanym początku podróży, było już coraz lepiej. Pierwsze dni przeznaczone były na odpoczynek po trudach szkoły, przedszkola i pracy. Wizyty na plaży i na basenie przeplatane były krótkimi wycieczkami po wyspie i zwiedzaniem okolicy. Przygoda zaczęła się dopiero po opuszczeniu Korfu.

Po przepłynięciu cieśniny dzielącej wyspę od stałego lądu, znaleźliśmy się w innym świecie. Już w Grecji wydawało się, że ciężko porozumieć się w którymś ze znanych nam języków, ale w Albanii znajomość języków obcych przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. No, chyba, że ktoś znałby albański. Kolejną różnicą był stosunek miejscowych do dzieci. Grecy bez wątpienia dzieci lubią. Albańczycy pod tym względem przypominają bardziej któryś z narodów azjatyckich, niż europejskich. Zaczepianie, głaskanie, częstowanie słodyczami i przede wszystkim cierpliwość i uśmiech.

Albania jako kraj turystyczny jest swoistą mieszanką wpływów zachodnioeuropejskich, muzułmańskich i tych, pochodzących z „Bloku Wschodniego”. Jest  to mieszanka ciekawa i egzotyczna.

Pierwszych kilka dni w tym kraju spędziliśmy w Sarandzie – nadmorskim albańskim kurorcie. Jako, że mieliśmy już dosyć moczenia się w słonej wodzie, tym bardziej, że plaże w Sarindzie są głównie kamieniste, skupiliśmy się na zwiedzaniu miasta i okolicy. Najciekawszym okolicznym zabytkiem, są pięknie położone pozostałości starożytnego greckiego miasta – Butrint. Spacer pomiędzy ruinami nawet w upalny dzień był bardzo przyjemny. W każdej chwili można było się ukryć w chłodnym cieniu rzucanym przez wiekowe mury. Można było pobiegać, pobawić się w chowanego i obserwować przyrodę.

Postanowiliśmy również zwiedzić Gjirokastrę – miasto-muzeum położone 60 km od Sarandy. Dojechaliśmy tam jednym z busów kursujących na tej trasie, niestety, po całodniowym zwiedzaniu miasta, okazało się, że powrót nie będzie taki prosty. Po dwóch godzinach czekania na busa, który jednak się nie pojawił, zdecydowaliśmy się łapać stopa. Zatrzymał się pierwszy samochód, któremu pomachaliśmy… i zawiózł nas pod sam hotel w Sarandzie. Po raz kolejny okazało się, że mamy wyjątkowe szczęście w tej metodzie podróżowania.

Następnym punktem była Tirana – stolica Albanii. Była ona w zasadzie tylko punktem przesiadkowym, bo miasto nie jest szczególnie interesujące, jednak skoro już tam byliśmy, pospacerowaliśmy po starej części Tirany, żeby poczuć jej klimat. Z Tirany dotarliśmy do Szkodry - na granicy z Czarnogórą, gdzie zaczęliśmy szukać sposobów na dostanie się w Góry Przeklęte. Nie mieliśmy pewności, czy się uda, ale na szczęście okazało się to nie być wielkim problemem.

Góry Przeklęte przywitały nas ulewą. Po 10 dniach w upale, chłodne, wilgotne, górskie powietrze było niemałym zaskoczeniem. Padał deszcz, chmury były nisko, gór nie było widać. Byliśmy zmarznięci i zawiedzeni. Na domiar złego nie zanosiło się na poprawę pogody. Dla chłopaków dramatem były przerwy w dostawie prądu i – o zgrozo! – Internetu. W tej sytuacji nie pozostawało nam nic innego, jak tylko ubrać się ciepło (i przeciwdeszczowo) i wyruszyć w góry. Chociaż trochę w góry. Szczęśliwie deszcz nie padał non stop. Czasami nawet wychodziło słońce, a wiatr rozganiał chmury i pokazywał nam piękne łańcuchy górskie. Po kilku dniach trzeba było wracać. Ledwie bus, którym jechaliśmy przekroczył przełęcz, wyszło słońce. Kiedy jednak dotarliśmy z powrotem do Szkodry i spojrzeliśmy w kierunku gór, kłębiły się nad nimi gęste czarne chmury. Jak to w górach…

Granicę z Czarnogórą przekroczyliśmy taksówką, jeśli można tak nazwać starego rozpadającego się Mercedesa, którego równie stary kierowca zatrzymał nas na ulicy i zaproponował transport. Po dwóch dniach w przygranicznej Ulcinj udaliśmy się do Podgoricy – stolicy Czarnogóry. Stamtąd turbośmigłowym samolotem polecieliśmy do Belgradu. Stolica Serbii zrobiła na nas duże wrażenie. Kilkugodzinny spacer po mieście i zwiedzenie muzeum Nikola Tesli był miłym akcentem na zakończenie wyjazdu.



























































































































































































POWRÓT